wtorek, 28 sierpnia 2012

mini vacation part 1


No dobra, czas na relacje z wypadu do Oslo :)
(plus kilka użytecznych, ogólnych informacji o Norwegii, więc będzie wpis bardzooo obszerny...).


Część teksu zaznaczona kursywą będzie tyczyć się informacji tzw ogólnych, jeśli interesuje Cię tylko wypad, przejdź do dolnej części..

Oslo, stolica Norwegii (jakby ktoś miał wątpliwości ;) leży jakieś 600 km od mojego wypiździejewa...

Dlatego pierwszą kluczową sprawą jest podróż.
Do wyboru oczywiście tradycyjne środki transportu: samolot, samochód, pociąg, autobus.

Jako iż Norwegia jest krajem bardzo rozległym (a dokładnie długim i wąskim), a przy tym bardzo górzystym, na dłuższe dystansy większość wybiera samolot. Do wyboru typowo norweskie linie takie jak Norwegian i SAS (do podróży po Norwegii) oraz tanie i lubiane przez nas WizzAir i Ryanair (do podroży między Polską a N.). Z czterech wymienionych linii SAS jest najdroższy i podobnie jak Norwegian, raczej nie ma promocji na loty po Norwegii.
Zadanie latania zacznie ułatwiają lotniska, które znajdują się w każdej "większej" miejscowości (większa miejscowość to pojęcie bardzo względne, ponieważ miasta w Norwegii są małe i jest ich stosunkowo nie dużo (do powierzchni państwa, ale wystarczająco w stosunku do liczby ludności).
Dodam od razu, że cała populacja tego kraju to zaledwie ok. 5 milionów ludzi.

Jeśli chodzi o podróż samochodem to ma ona swoje plusy i minusy.
Zaletą na pewno są drogi, raczej nie przypominające tych polskich, a raczej niemieckie.
Ale trzeba wiedzieć, że cześć z nich (zwłaszcza chyba przy większych miastach, a na pewno przy Oslo) jest płatna.
Po za tym widoki! Norwegia jest przepięknym, zielonym, górzystym krajem, z ogromną ilością rzek, jezior i morza, więc jazdę samochodem uważam za bardzo przyjemną :)
No i dojedziemy wszędzie (tam gdzie samolot i pociąg nie dotrze).
Jeśli chodzi o paliwo, to jego koszt jest podobny do polskiego - podobny czyli trochę droższy. Pamietać natomiast trzeba, że stacje benzynowe nie rosną tu jak grzyby po deszczu i spora cześć z nich (te położone na trasach czy w mniejszych miasteczkach) obsługuje jedynie karty debetowe czy kredytowe.
Minusem są dystansy - po pierwsze jest to kraj bardzo rozległy (w długości jakieś 1800 km), po drugie wszędzie daleko (jeśli nie mieszkasz w mieście, co jest tu normalne, wszędzie masz daleko i zapomnij o wyskoczeniu w kapciach po mleko). Dlatego też bez samochodu an rusz!
 Dodam tu jeszcze, że norwescy kierowcy są jak dla mnie najlepszymi na świecie, zarówno z samochodowego punktu widzenia - grzeczni, uprzejmi, nie pchają się na chama, ustępują (itd...) jak i pieszego - jeśli tylko zbliżysz się do przejścia dla pieszych od razu się zatrzymują i cię przepuszczą! (ale w Oslo nie do końca to działa ;)

Kolejny sposób podróży to pociąg, bardzo popularny rodzaj transportu (i się nie dziwię, gdyby w PL były takie pociągi tez bym nimi podróżowała!)
Właśnie pociąg wybraliśmy jako sposób (a właściwie jeden z dwóch sposobów ale o tym później) dostania się do Oslo.
Oczywiście samolotem było by znacznie szybciej (pociągiem jechaliśmy jakieś 6 godzin w jedną stronę i 7 w drugą) i może nawet trochę taniej, ale godzinowo (godziny odjazdów i przyjazdów) bardziej nam pasował pociąg.
Jedynym kolejowym przewoźnikiem w Norwegii jest NSB.
Koszt podróży jak na polską kieszeń niestety nie jest niski. Za podróż w obie strony zapłaciłam jakieś 500 zł, więc jak na pociąg może się wydawać dużo.
Zakupu biletów można dokonać przez internet i im szybciej to zrobimy tym tańszy bilet uda nam się kupić (ja swój zakupiłam jakieś 1,5 tygodnia przez podróżą więc cena nie była juz taka niska). NSB oferuje 2 systemy ceny: cena "standardowa" (bardzo wysokie) i cena "najniższa".  Najniższa cena to ok 100 zł, można ją zdobyć na wszystkie linie, ale z dużym wyprzedzeniem (system ten działa jak w przypadku tanich linii lotniczych, im wcześniej tym lepiej, przy czym ilość biletów w cenie promocyjnej często jest ograniczona). Zniżki obowiązują jedynie przy cenach standardowych.
Jak już wspomniałam, zakupu można dokonać przez internet, banalnie proste i przejrzyste, ale płatności też trzeba dokonać przez internet, więc oczywiście lepiej mieć konto bankowe w walucie norweskiej...
Bilet można wydrukować z maszyny dostępnej w hali dworca, lub odebrać w pociągu u konduktora.
Pociągi również nie przypominają tych polskich.
Są czyste i bardzo ciche, choć do najnowocześniejszych na świecie nie należą (ale do polskich staruszków jeszcze im daleko). I co bardzo ważne niemal się nie spóźniają! Po 6 godzinach podróży mieliśmy 10 minut opóźnienia. Wszystkie stacje są mówione i wyświetlane, więc raczej nie sposób przegapić swojego przystanku. Pan kolejarz używa mikrofonu do komunikacji z pasażerami (podobnie jak w samolotach, na początku i końcu podróży kilka ogłoszeń parafialnych od pilota). Do dyspozycji wagon restauracyjny, który nie odstrasza smrodem..
I tu też można podziwiać piękne widoki z okien :)
Jak na przykład ten: śnieg w środku lata, normalka :)


Autobus to również popularny środek transportu.
Nie będę się teraz o nim rozpisywać, zrobię to przy okazji opisu kolejnej mini wakacyjnej wyprawy. Powie tylko, że moja podróż do Oslo zaczęła się właśnie od autobusu i zawsze gdy chcę pojechać do miasta używam właśnie autobusu.


Podróż do Oslo.
Czyli cały dzień w drodze. Pobudka o 5, autobus z mej wsi do miasta o 6:50, w mieście 3 godziny czekania na pociąg do Oslo. Torby mieliśmy zbyt ciężkie żeby chodzić, wiec większość czasu spędziliśmy na ciepłym i fajnym dworcu. 6 i pół godziny w pociągu i jesteśmy na miejscu.
Wyszła po nas moja przyjaciółka. Dworzec duży i czysty.
Pojechaliśmy metro-kolejką do jej domu. Kupiliśmy bilety 7 dniowe na całą publiczna komunikację, za ok 100 zł (niestety nie było biletów 3 dniowych jakie pasowały by nam najbardziej).

Dodam tu od razu, że Norwegia dla obcokrajowców niestety jest drogim państwem, zwłaszcza dla nas, z średnio zamożnej Polszy ceny są zabójcze.. Jednak dla norwegów uważam, że życie nie jest drogie
(na pewno tańsze niż w PL).

Pierwszego dnia tylko przyjechaliśmy.
Mieliśmy w planach łazikowanie, ale byliśmy zbyt zmęczeni, żeby po godz. 22 wychodzić z domu.

Relacja (bogatsza w zdjęcia) z kolejnych dni w następnych notkach.

piątek, 24 sierpnia 2012


Wczoraj, po nie wiem jak długiej przerwie, sięgnęłam po paletki i grałam w badmintona
(zawsze mam problem z ta nazwą i mam nadzieje że napisałam poprawnie :).
Jest to zdecydowanie jeden z moich ulubionych sportów i totalnie kojarzy mi się z dzieciństwem!

Już jakiś czas temu próbowałam odnaleźć paletki, ale oczywiście bezskutecznie. Aż tu nagle, kilka dni temu mój mężczyzna podczas swej wyprawy na strych odnalazł je, a ja znów ucieszyłam się jak dziecko!

Ale do rzeczy.

Nie pamiętam kiedy miałam ostatnio takie zakwasy!
Zakwasy tyłka! I nóg tuż pod tyłkiem!
I nie chodzi o to, że był to pierwszy wysiłek w moim życiu, bo ćwiczę (w miarę) regularnie, w dodatku (teoretycznie) różne partie ciała, ale pupę najwyraźniej za mało!
Swoją drogą niesamowite (przynajmniej dla mnie) jak niepozorne machanie paletkami (wcale nie takie nie pozorne, bo ganiałam za lotka jak szalona!) potrafi dać w kość!

Dzisiejsze moje przedpołudnie miało wyglądać tak:


Czyli sprzątanie, a właściwie całkiem spore porządki...
Kompletnie mi się nie uśmiecha machanie czymkolwiek gdy ledwo wstałam z łóżka...
Dlatego pewnie skończy się tak:


czyli kanapowy maraton serialowy :)
Ostatnio dorwałam The Shield i bardzo mi się spodobał :)
(w dużym skrócie: serial opowiada o gliniarzu - i jego życiu, który jest wrażliwy na ludzką krzywdę i chce siać prawo i porządek, jednocześnie naginając prawo, handlując narkotykami i kumplując się z gangami...)

P.s. Wysiłek związany ze zrobieniem tych 2 zdjęć był tak ogromny, że kusztykam na kanapę!
Ał, ał, ał...

środa, 15 sierpnia 2012


Wczoraj wróciliśmy z naszego pierwszego mini wakacyjnego wyjazdu.
4 dni (i to w dodatku nie całe) w Oslo minęły zdecydowanie za szybko.

Muszę przejrzeć i uporządkować zdjęcia, co trochę mi zajmie bo jest ich sporo..
I wówczas pojawi się pewnie jakaś foto relacja :)

A to zdjęcie (już niemalże stare ;) ze wspaniałego słonecznego leżakowania..
Niestety hamaczek (pod wpływem ciężaru nie powiem czyjej dupki) pękł,
a słońce chyba ma focha i udaje, że w tym roku już nas nie rozgrzeje..


A tym czasem pracuję do późna, pakuję się i śpię głębokim snem bo jutro skoro świt kolejna mini wyprawa..

Do usłyszenia w przyszłym tygodniu!

wtorek, 7 sierpnia 2012

jak kraść to tylko miliony..


.. jak zapychać skórę to tylko cudem.

Czyli słów kilka o makijażowej bazie CLARINS Instant Smooth Perfecting Touch.


Na początek opis ze strony internetowej Douglasa:

Połączenie makijażu i pielęgnacji dla spektakularnych efektów.
Magiczny i niewidoczny produkt, który wypełnia zmarszczki. Natychmiast skóra jest udoskonalona i wygładzona.

  • Tekstura: kremowa
  • Działanie: wygładzające, chroniące
  • Konsystencja: krem
  • Rodzaj skóry: skóra normalna
Nałóż Bazę przed aplikacją podkładu na miejsca, gdzie chcesz zatuszować zmarszczki i inne niedoskonałości cery. Delikatnie wklep go opuszkami palców. Możesz też zmieszać od razu Bazę z podkładem dla uzyskania spektakularnego efektu. Nieskazitelny rezultat gwarantowany!
Pigmenty korygujące linie. Mikro perełki akacji «wypełniające niedoskonałości» oraz zapewniają odpowiednie nawilżenie. Ekstrakty roślinne oraz witamina E: łagodzi i chroni skórę przed agresywnymi czynnikami zewnętrznymi.

oraz link do strony producenta.

(według opisu producenta - przeciwnie niż w Douglasie, jest to baza do każdego rodzaju cery)


Zacznę od tego, że bazę pod makijaż uważam za zbędny produkt w mej kosmetyczce
(jestem totalną minimalistką w nakładaniu produktów na me lico...).
I jest to pierwszy tego typu produkt w mych dłoniach i raczej ostatni
(bynajmniej nie z niezadowolenia, o czy poniżej).
Ale darowanemu koniu nie zagląda się w zęby więc...

 
Opakowanie to mały (poj. 15 ml) czerwony słoiczek, pseudo szklany - przyjemny dla oka.
Niestety aby nabrać produkt musimy zanurzyć w nim palec, co jest najgorszą z możliwych jak dla mnie formą wydostania produktu z opakowania.

 Konsystencja jest bardzo maściowa :) .. Gęsta i "tępa" w dotyku, przypominająca bazy pod cienie.
Na twarz nakłada się dobrze, chociaż mam wrażenie, że mogłoby być lepiej, gdyby konsystencja była bardziej lekka (chodź wydaje mi się też, że wówczas jakość mogłaby być gorsza).
Jest to produkt zupełnie bezzapachowy i bardzo wydajny.

Ja aplikowałam bazę przed nałożeniem podkładu, spróbowałam również zmieszać oba produkty jak poleca producent, ale miałam wrażenie, że efekt był gorszy.

A skoro o efekcie mowa, na skórze jest niesamowity! Zarówno moje zmarszczki (niewielkie mimiczne, ale obecne) zostały spłycone, a pory (również nie jakieś gigantyczne) znikły.
Również moje niewielkie przebarwienia wyglądały lepiej.
Skóra jest bardzo wygładzona, miła i miękka w dotyku (ja produkt ten używałam przede wszystkim w okolice oczu, nosa i policzków, sporadycznie na całą twarz).
Makijaż nałożony na bazę trzymał się zdecydowanie dłużej i lepiej wyglądał.

Nie zdarzyło mi się używać produkty przez dłuższy czas pod rząd, regularnie, więc nie jestem w stanie powiedzieć nic o zapychaniu czy właściwościach pielęgnacyjnych, o jakich zapewnia producent.
Na pewno moja skóra po jednorazowych aplikacjach nie ucierpiała.

Swoją drogą dodam, że efekt totalnie wygładzonej twarzy średnio mi się podoba, jest jak dla mnie bardzo nienaturalny i wolę widzieć małe niedoskonałości oraz zmarszczki niż maskę i sztuczną gładkość...


Czy wrócę do tego produktu?
Nie, ale tylko dlatego, że bazy pod makijaż są dla mnie zupełnie zbędne.
Po za tym, mam ten produkt od kilku miesięcy i zużycie jest minimalne, więc jeśli się nie zepsuje, myślę, że posłuży mi jeszcze naprawdę długo.

Wam, jeśli szukacie dobrej bazy, serdecznie polecam!
Przeszkodą może być cena, która według strony internetowej Douglasa wynosi 89 zł za 15 ml pojemności..

czwartek, 2 sierpnia 2012

Nie żebym miala obsesję, no ale..

 
..uwielbiam fotografować dzieci, zwłaszcza bawiące się, zwłaszcza na plaży.
(właściwie robienie zdjęć dzieciom to najlepszy powód dla mnie by zmusić się do pójścia na plażę)
Jest to jedno z moich zboczeń fotograficznych. I nie, nikt mnie jeszcze za pedofila nie wziął ;)

I wiem, że dziś czwartek, i bliżej do tego weekendu niż do poprzedniego, no ale będą foty z weekendu ostatniego :)


No dobra, 2 zdjęcia z obcymi dziećmi wystarcza, bo będę miała jeszcze problemy :)(:
 
 I żeby nie było, o to najważniejszy (zaraz po zrobieniu fotek bawiącym się dzieciom) powód plażowania:


Wzięłam się za "Drwala" i oderwać nie mogę, właściwie to nie mogłam, bo właśnie czytać książkę skończyłam, i krzyczę wewnętrznie JESZCZEEEE! bo tak mi się podobała!
Recenzja pojaw się niebawem (miejmy nadzieje...).

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...